Granola (2)

Tak naprawdę tyle jest przepisów na granolę ile ludzi, którzy ją przygotowują. Granola to pełna dowolność w mieszaniu ziaren i płatków. Istotny jest tylko sposób przygotowania czyli powolne prażenie ziaren z dodatkiem miodu (czasem tłuszczu – ja go pomijam), bo to przesądza o tym, że będzie to granola, a nie musli (mieszanka ziaren, płatków i dodatków bez prażenia, bez miodu, bez tłuszczu).
Wcześniejszy przepis na granolę znajdziecie w tym wpisie.
Przepis na batoniki z granoli znajdziecie w tym wpisie.

granola2_nm2

 

GRANOLA  (2)

 

2 szklanki płatków owsianych (ja dałam drobne)

1/3 szklanki wiórków kokosowych

1/3 szklanki mielonych orzechów laskowych

1 szklanka ziaren słonecznika

1/4 szklanki nasion lnu

1/4 szklanki czarnego sezamu

1 szklanka pestek dyni

1/2 szklanki miodu

 

Wszystkie sypkie składniki wysypujemy na patelnię (ja robię granolę w woku) i podgrzewamy na bardzo małym ogniu, mieszając co jakiś czas. Gdy ziarna będą gorące i zaczną lekko rumienić się na spodzie dodajemy miód. Mieszamy długo i bardzo dokładnie. Miód powinien wsiąknąć w ziarna, a konsystencja granoli powinna być jednolita i sypka. Trzeba tak długo mieszać granolę na małym ogniu, aby nie było w niej dużych kawałków zlepionych miodem. Granolę odstawiamy do ostygnięcia. W czasie studzenia mieszamy kilka razy granolę aby miała jednolitą i sypką konsystencję.

 

Wydrukuj przepis

granola2_nm4

granola2_nm3

Nie bloguję za paczkę galaretki

Swego czasu pisałam post o wycenie rękodzieła (Patchwork – co, jak i za ile?). W sieci dość głośno mówi się o niedocenianiu pracy rąk własnych (rękodzielników) przez innych, ale czasem i przez siebie samego. Dlatego tym razem postanowiłam przybliżyć ile czasu, pieniędzy i pracy trzeba poświęcić na stworzenie wpisu kulinarnego.

Czasem mam wrażenie, że blogerzy kulinarni traktowani są trochę niepoważnie przez resztę blogosfery, no bo co taka baba mieszająca w garach może wiedzieć o prawdziwym blogowaniu. Post ten skierowany jest do Was, czytelników aby przybliżyć Wam pracę blogera „od kuchni”, ale przede wszystkim do pracowników agencji reklamowych i firm, którym wydaje się, że koszt powstania wpisu kulinarnego równoważy się z ceną galaretki w proszku czy puszką śledzi.

Od razu zaznaczam, że wpis nie dotyczy potraw powstających niejako przy okazji, np. gotuję zupę na obiad, pstrykam telefonem fotę i wrzucam na bloga. Wpis dotyczy powstawania potraw przygotowanych z rozmysłem, planowanych, dopieszczonych.

No to zaczynamy! :)

Przygotowując wpis na bloga potrzebujemy przepisu. Czasem korzystamy z przepisów sprawdzonych, czasem inspirujemy się tylko innym przepisem, a czasem przygotowujemy przepis od zera. Korzystając z cudzego przepisu mamy sprawę załatwioną, bo gotujemy podając źródło inspiracji we wpisie. Jeżeli przygotowujemy wpis od zera to nierzadko trzeba wykonać kilka prób aby przepis był idealny. Załóżmy, że przepis wybraliśmy. Szukania przepisu nie traktuję jako czynności „płatnej”, bo z przyjemnością oglądam programy i czytam książki kulinarne. Teraz zabieramy się za listę zakupów :). Jako przykładu użyję wpisu o Kruchych babeczkach z wytrawnym nadzieniem  http://namiotle.pl/5153/kruche-babeczki-z-wytrawnym-nadzieniem/

jajka zapiekane w cieście_nm1a

Do przygotowania babeczek potrzebne będą:

Na ciasto:

250 g mąki – 0,70 zł (cały kg – 2,80)

150 g masła – 3,15 zł (cała kostka 200g – 4,20)

1 łyżeczka soli – 0,01 (kg soli zwykłej, jodowanej 1 zł)

szczypta cukru pudru

1 jajko – 0,40 zł (min. ilość zakupu to 6 sztuk – 2,40 zł)

1 – 2  łyżki zimnego mleka – 0,02 (butelka – 2,90 zł)

żółtko do smarowania ciasta – 0,40 zł

Nadzienie:

1 średnia cukinia – 2 zł (zakładam, że cena 1 kg to ok. 7 zł)

1/2 czerwonej papryki – 3,5 zł (przy wadze 0,30 kg, cena ok. 12 zł/kg)

1/2 szklanki drobno pokrojonego selera naciowego – 2 zł (pęczek selera to ok. 5 zł za sztukę)

1/3 szklanki drobno pokrojonego boczku – 2,50 zł (1 kg boczku 25 zł)

jajka przepiórcze (przyjmijmy, że zużyjemy 10 sztuk) 4,40 zł (paczka jajek to ok. 8 zł)

dodatkowo gdy babeczki będziemy podawać na zimno:

1 1/2 szklanki bulionu (marchewka, pietruszka, seler, cebula, mięso – koszt ok. 15 zł)

lub kostka rosołowa 0,50 zł ( paczka kostek rosołowych ok. 3 zł)

1 łyżeczka żelatyny 0,05 zł (paczka żelatyny 4,20 zł)

Po podsumowaniu cena składników użytych do wykonania potrawy to 22,63 zł (jeżeli użyjemy kostki rosołowej) lub 37,63 zł jeżeli ugotujemy bulion sami. Jednak rzeczywiste koszty to te, które musimy ponieść płacąc w kasie. Nikt nam nie sprzeda szczypty soli ani dwóch łyżek mleka. Przy kasie za te składniki zapłacimy ok. 55 zł.

Wracamy z zakupów (zajęły nam 2 godziny)i bierzemy się do roboty. Nastawiamy bulion. Obieramy i myjemy warzywa, mięso, dodajemy przyprawy (nie wliczyłam w cenę) i gotujemy. Bulion gotujemy długo i powoli, bo to pozwoli nam uzyskać głęboki smak i aromat wywaru. Czyli przeznaczamy na to ok. 3 godzin, w czasie których zużywamy prąd lub gaz (koszt przy gotowaniu na kuchence elektrycznej to ok. 0.63 zł za godzinę (posiłkowałam się przybliżonymi danymi z kalkulatorów energii) czyli 1,89 zł. Dodatkowo musimy ugotować jajka na twardo i podsmażyć warzywa na patelni czyli przyjmujemy, że całość kosztuje nas 2 zł.

Ciasto kruche, w tym przypadku, przygotowujemy ręcznie więc odpada koszt użycia malaksera. Ciasto chłodzimy w lodówce, która aby pracować pobiera prąd.

Kończymy przygotowywać babeczki, napełniamy ciasto nadzieniem, wkładamy do formy. Forma na muffiny, której użyłam do wypieku babeczek kosztowała ok. 40 zł.

Babeczki wkładamy do pieca na ok. 40 minut – koszt użycia piekarnika elektrycznego w tym czasie to ok. 0,60 gr.

Babeczki mamy gotowe :)! Ich przygotowanie, razem z pieczeniem, zajęło około 1,5 godziny.

Teraz zabieramy się do przygotowania wpisu.

Ustawiamy stanowisko do sesji fotograficznej. U mnie jest to totalna prowizorka nie mam oświetlania sztucznego, bo lubię fotografować w naturalnym świetle. Jednak posiadam tła fotograficzne, blendy, deski różnego rodzaju, naczynia, sztućce, serwetki, dodatki – to wszystko trzeba kupić. Nie da się tego wycenić dla potrzeb wpisu, ale to nie są małe pieniądze. Zwłaszcza, że są to rzeczy gromadzone przez długi czas. Stylizujemy naszą potrawę, oświetlamy (sztucznym światłem lub przy użyciu blendy), bierzemy do ręki aparat, który musieliśmy kupić i to za konkretną kasę, i zaczynamy sesję. Zdjęć wykonujemy kilka, czasem kilkanaście, próbujemy różne ujęcia, stylizacje, różne oświetlenie. Wierzcie mi, że nie trwa to 20 minut. Czasem gdy potrawa jest „trudna” (oj, są takie, są) to naprawdę trzeba włożyć dużo wysiłku aby zdjęcie nie straszyło, a zachęcało do konsumpcji przygotowanej potrawy. Przyjmijmy, że sesja jednej potrawy to 2 godziny.

Zdjęcia gotowe, znaczy są zrobione i „siedzą sobie” w aparacie. Zrzucamy zdjęcia na komputer (o! i komputer trzeba mieć, znacie ceny?) i w programie graficznym (darmowym, ale o ograniczonych możliwościach, lub płatnym, ale zdecydowanie lepszym) obrabiamy zdjęcia. Nie mam tu na myśli doklejania koperku czy stemplowaniu przypalonych fragmentów ciasta, ale podstawową obróbkę: jasność, poprawienie ekspozycji itp. bez poważnych ingerencji w fotografię. Czas wykonania obróbki to ok. 1 godziny,

I teraz wyobraźcie sobie, że idziecie do fotografa. W studio pani stylistka pudruje Wam nosek, pan fotograf ustawia światło, ustawia Was – modela, robi zdjęcie, obrabia fotografie, wręcza Wam odbitki. Czy za to wszystko wręczacie mu puszkę śledzi, paczkę galaretki lub podajecie linka do jego strony na swoim profilu FB??? NIE! Płacicie mu żywą gotówką! Koszt takiej sesji jest różny, ale średnia cena to 400 – 500 zł za ok. 7 zdjęć np. dziecka (ceny wzięłam z sieci i uśredniłam), są też sesje za 2000 zł, ale nie popadajmy w skrajności :).

Mamy gotowe zdjęcia więc zabieramy się za tworzenie wpisu. Wpisy bywają różne, u mnie jest to zwykle przepis poprzedzony krótkim, kilku zdaniowym wstępem, ale u innych blogerów są wpisy długie, merytoryczne, takie już poważne artykuły. Takiego wpisu nie tworzy się godzinę. Przyjmijmy, że wpis jest krótki i potrzebujemy na to ok. 2 godzin (przy długim tekście autor pracuje nawet dwa- trzy dni).

Dobrnęliśmy do końca pracy i publikujemy wpis na blogu. Pojawiają się komentarze (każdy bardzo cieszy), miłe maile, a wśród nich pojawia się się list, którego temat to „współpraca” :). I w mailu pani z agencji reklamowej proponuje barter :). Przygotowanie przepisu, stworzenie wpisu ze zdjęciami za puszkę mielonki. Zastanawiam się jak duża powinna być ta puszka mielonki, skoro barter to wymiana towarów o zbliżonej lub równoważnej wartości. Owszem trafiają się propozycje, które rekompensują trud włożony w przygotowanie wpisu będącego przedmiotem barteru, ale to naprawdę rzadkość :).

Czas przygotowania wpisu to około 11 godzin (z przerwami oczywiście, ale łącznie taka liczba godzin wychodzi z rachunku :) ). Koszt przygotowania wpisu to, z uwzględnieniem ceny sesji zdjęciowej, kwota 500 zł + 11 roboczogodzin (od zakupów w sklepie do publikacji na blogu)! Zauważcie również, że potrawa, która jest bohaterem wpisu składa się z dość tanich, ogólnodostępnych produktów. Gdy będziemy przygotowywać wpis o produktach eko lub z egzotycznymi składnikami koszty wzrosną. I to znacznie.

Wśród fotografów popularna jest ostatnio akcja „Nie fotografuję za darmo”! Może należałoby rozpropagować wśród blogerów hasło „Nie piekę/gotuję/bloguję za paczkę galaretki”!

Mam nadzieję, że wśród czytelników tego wpisu znajdą się pracownicy agencji, którzy przesyłają (czasem śmieszne) propozycje współpracy, ale chciałabym aby wpis ten wzięli sobie także do serca blogerzy, którzy godzą się na takie warunki współpracy nie szanując pracy swojej i innych blogerów.

A teraz możecie rzucać pomidorami :))).

P.S. Ponieważ dotarły już do mnie pierwsze mało sympatyczne uwagi dodam, że nie prowadzę bloga w celach zarobkowych, nie wpuszczam na stronę reklam i nie zamieszczam wpisów sponsorowanych.  Opłaty za domenę i inne „techniczne” ponoszę sama, z własnej kieszeni. Blog funkcjonuje również dzięki wielkiej pomocy Łukasza i Widma.  Wpis powstał po to, by pokazać, że blogowanie to tez rodzaj pracy, której autor chciałby czuć się doceniony, a nie po to by nagonić sobie sponsorów  :).

 

Sernik chałwowy

Ciężki i zwarty, ale jednocześnie delikatny i kremowy. O zdecydowanym smaku chałwy i wbrew oczekiwaniom nie bardzo słodki. Ciekawe połączenie smaku dla wielbicieli serników i chałwy.

sernik chalwowy_nm1 

SERNIK  CHAŁWOWY

 

800 g sera twarogowego

300 g chałwy

1 1/2 szklanki cukru pudru

3 jajka

2 łyżki mąki ziemniaczanej

1 łyżeczka pasty (lub esencji) waniliowej

100 g masła

300 g herbatników

1 łyżka kakao

Herbatniki kruszymy na drobne kawałki. Najlepiej zrobić to w malakserze. Gdy herbatniki będą miały konsystencję drobnego piasku dodajemy kakao i masło. Chwilę miksujemy i wykładamy masę na spód formy, w której będziemy piec sernik. Ja piekłam w kwadratowej blaszce o wymiarach 25 x 25 cm (blaszkę dodatkowo wyłożyłam pergaminem).

Ser, chałwę, cukier, mąkę i wanilię miksujemy. Gdy masa będzie jednolita dodajemy po 1 jajku. Po dodaniu każdego jajka miksujemy kilka sekund (nie dłużej) aż jajko połączy się z masą serową. Masę serową wylewamy na herbatniki. Wyrównujemy powierzchnię sernika. Ciasto pieczemy w temperaturze 155-160 stopni przez ok. 60 minut.

Wydrukuj przepis

sernik chalwowy_nm2

Ciasteczka lukrowane

ul_nm1-2c

parasol_nm1-2c

marchewki_nm1-2c

lody_nm1-2c

kwiatek_nm2-2c

kwiatek_nm1-2c

Ciasteczka Simon’s Cat – video tutorial

Po wielu męczarniach, kilkukrotnym wgrywaniu filmów i montażu kilku filmików w jeden, powstał pierwszy video tutorial :). Wiem, że daleko mu do ideału, ale to praktyka czyni mistrza. Kamerę mam nędzną, montażysta ze mnie kiepski, ale powiedzcie, że nie jest bardzo źle :))). Z nadmiernej ekscytacji całym tym filmowaniem zagubił się gdzieś w akcji fragment z lukrowaniem kocich oczu. Taka sytuacja…

A i zapomniałam dodać, że przy lukrowaniu konturu drugiego ucha ręka mi nieco zadrżała, bo mój osobisty kot wskoczył mi na kolana. Ale byłam dzielna i narysowałam kontur do końca :).

simon's cat_nm2

simon's cat_nm3

Back to Top