
Jako, że wielkimi krokami zbliżają się Święta Wielkanocne to moja kulinarna niespokojność się wzmaga. Dlatego aby ukoić ów niepokój postanowiłam upiec ciasteczka. Drobne, kolorowe i niezwykle wiosenne. No i oczywiście nie mogłam sobie odmówić największej przyjemności jaką jest malowanie kolorowym lukrem.
30 dag mąki pszennej
20 dag masła
10 dag cukru pudru
2 żółtka
1 łyżeczka esencji waniliowej
1/3 łyżeczki skórki otartej z cytryny (lub limonki)
Mąkę przesiać na stolnicę, dodać bardzo zimne masło i siekać nożem, aż powstaną drobne grudki, dodać żółtka, cukier, wanilie i skórkę cytrynową. Szybko zagnieść ciasto, zawinąć w folię i chłodzić w lodówce przez minimum 60 minut. Zimne ciasto rozwałkować na grubość 2-3 mm, lekko podsypując mąką. Wykrawać foremkami drobne ciasteczka. Piec 7 – 12 minut w zależności od wielkości ciasteczek w temperaturze 190 – 200 stopni. Ciastka zdejmujemy z blachy gorące, zaraz po upieczeniu.
Grissini to chrupiące paluszki z ciasta chlebowego. Wywodzą się z kuchni turyńskiej, ale dziś znane są w całych Włoszech. Bywają różnej grubości od cienkich jak ołówek po grube i niezbyt równe. We włoskich piekarniach przygotowuje się grissini z resztek ciasta chlebowego i sprzedaje się je na wagę, a we włoskich restauracjach zawsze czekają na gości chlebowe paluszki grissini.
Moje grissini były niezbyt cienkie. Miękkie w środku, z chrupiącą skórką. Doskonałe w towarzystwie wina i serów :)
450 g mąki pszennej
25 g drożdży
1 jajko
3 łyżki oliwy
1 łyżeczka soli
1/2 łyżeczki cukru
ok. 1 szklanki letniej wody
dowolne zioła i przyprawy (czosnek, bazylia, lubczyk, zioła prowansalskie)
2 łyżki mleka
1 żółtko
Drożdże rozpuszczamy w 1/2 szklanki wody, dodajemy cukier i 2 łyżki mąki. Gdy rozczyn drożdżowy zacznie rosnąć wlewamy go do dużej miski. Do rozczynu dodajemy mąkę, jajko, oliwę, zioła i sól. Wyrabiamy ciasto. Podczas wyrabiania stopniowo wlewamy wodę. Ciasto ma być sprężyste i elastyczne. Gdyby ciasto było bardzo twarde można dodać więcej wody. Ciasto formujemy w kulę, wkładamy do miski, przykrywamy ściereczką i zostawiamy do wyrośnięcia. Gdy ciasto podwoi swoją objętość porcjujemy je na równe kawałki. Ilość kawałków zależy od tego, jak długie i grube będą nasze grissini. Z ciasta formujemy niezbyt grube wałeczki. Układamy na blaszce wysypanej mąką. Ponownie odstawiamy do wyrośnięcia na około 20 minut. Po tym czasie smarujemy ciasto mlekiem rozmieszanym z żółtkiem. Pieczemy około 20 minut w temperaturze 175 stopni.
Crème Brûlée jest jednym z najbardziej znanych na świecie deserów. To bardzo delikatny w smaku, gęsty krem jajeczno-waniliowy, który posypuje się cukrem i zapieka błyskawicznie pod rozgrzanym grillem bądź przypieka specjalnym palnikiem gazowym w celu uzyskania chrupiącej karmelowej skorupki nad kremem waniliowym bez zbytniego rozgrzewania samego kremu. W końcu i ja zdecydowałam się na przygotowanie tego deseru. Wybrałam przepis Anny Olson, dodałam szklankę mleka i zmniejszyłam trochę ilość cukru, i już wiem, że następnym razem dam go jeszcze mniej. Palnika niestety nie posiadam ale uważam, że mój piekarnik (a konkretnie górna grzałka) spisał się całkiem nieźle.
3 szklanki śmietany kremówki
1 szklanka mleka
2 laski wanilii
8 żółtek
1/3 szklanki cukru (w przepisie była 1/2 szklanki)
szczypta soli
Przecinamy wzdłuż laski wanilii i zeskrobujemy nasionka. Razem ze strączkami wkładamy do śmietany wymieszanej z mlekiem i podgrzewamy, nie doprowadzając do wrzenia. Za pomocą miksera ubijamy żółtka, cukier waniliowy i sól na jasną gęstą masę. Wyjmujemy strączki wanilii ze śmietany. Mieszając mikserem na wolnych obrotach, powoli wlewamy gorącą śmietanę z mlekiem do masy jajecznej. Odcedzamy i studzimy krem.
Rozgrzewamy piekarnik do 175 stopni C. Wstawiamy sześć kokilek do metalowej formy o ściankach wysokości przynajmniej 3,5cm. Mieszamy krem brulee i wlewamy do kokilek. Metalową formę wypełniamy wodą do połowy wysokości kokilek. Pieczemy creme brulee w kąpieli wodnej 40-45 minut, aż się zestali. Wyjmujemy kokilki z kąpieli wodnej i chłodzimy przynajmniej 3 godziny przed podaniem.
Przed samym podaniem creme brulee rozgrzewamy opiekacz do maksymalnej temperatury. Posypujemy powierzchnię kremu cukrem i zapiekamy przez 1 minutę, aż cukier się stopi i zbrązowieje. Można go też przypalić specjalnym palnikiem kuchennym.
Od jakiegoś czasu testuję przepisy na precle. Jako, że precel często mylony jest z bajglem lub obwarzankiem sprawdzam i te przepisy. Właściwie chodzi mi o znalezienie przepisu na tradycyjny obwarzanek krakowski. Wszystkie, które piekłam do tej pory (czy to obwarzanki czy precle) są zbliżone w smaku. Ale to jeszcze nie TEN smak.
250 g mąki pszennej
25 g świeżych drożdży
łyżeczka soli
łyżeczka cukru
woda
łyżka sody oczyszczonej
jajko do smarowania precli
dowolne dodatki: sezam, mak, sól gruboziarnista
Drożdże rozcieramy z łyżeczką cukru, łyżką mąki i dwoma łyżkami wody. Zostawiamy aż rozczyn zacznie pracować. Mąkę mieszamy z solą, wlewamy wyrośnięty rozczyn i wyrabiając ciasto (można robotem kuchennym) wlewamy letnią wodę tyle, aby ciasto było elastyczne i nie kleiło się do rąk. Ciasto formujemy w kulę, wkładamy do miski, przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia. Gdy ciasto podwoi swoją objętość wykładamy je na stolnicę. Chwilę wyrabiamy i dzielimy ciasto na 12 kawałków. Kawałki formujemy w ruloniki grubości palca i zwijamy w precle. Precle zostawiamy do ponownego wyrośnięcia.
W garnku doprowadzamy do wrzenia wodę z sodą. Wrzucamy wyrośnięte precle i obgotowujemy po pół minuty z każdej strony. Obgotowane precle rozkładamy na kratce kuchennej aby trochę przeschły.
Suche precle smarujemy jajkiem i posypujemy dowolnymi dodatkami. Pieczemy około 20 minut w temperaturze 200 stopni.
Niezwykle trudno jej się oprzeć, bo któż z nas nie jest amatorem czekolady i jej niezwykłych właściwości. Nawet niewielka kostka czekolady potrafi przegonić zły nastrój, odprężyć i przywołać pozytywne uczucia.
Niezwykłe właściwości czekolady jako pierwsi odkryli Aztekowie i Majowie. Z ziaren kakaowca, rosnącego na ich ziemiach sporządzali napój o pobudzających właściwościach. Nazwali go chocolatl (gorzka woda). Niewiele miał wspólnego z współczesną czekoladą. Składał się z tłuczonych na miazgę ziaren kakaowca, cynamonu, gałki muszkatołowej, miodu i chili. Do Europy czekolada przybyła za sprawą Krzysztofa Kolumba jednak on sam nie lubił napoju Azteków i swoją niechęć przekazał innym. Czekolada znalazła wkrótce swych zwolenników, jednym z nich był Herman Cortem, który rozsmakował się w czekoladzie tak bardzo, że przywiózł przepis na czekoladę do Hiszpanii. Hiszpanie jednak sporządzali swój napój nieco inaczej – zamiast pieprzu dodawali cukru i znany na kontynencie cynamon i anyż oraz wyłącznie gorącą wodę. Od tego czasu, czekolada stała się przepysznym, cudownie aromatycznym napojem, na którego punkcie zwariowała cała Hiszpania. Hiszpanom udało się zachować tajemnicę tego napoju przez 100 lat. Potem umiejętność jego przyrządzania opanowano również we Francji i w końcu w całej Europie.
Rok 1828 to przełom w produkcji kakao. Holenderski chemik – Konrad Jan van Houten wynalazł i opracował metodę oddzielenia masła kakaowego od reszty masy. W wyniku zastosowania tej metody, otrzymano produkt odtłuszczony, sypki i łatwo rozpuszczalny w mleku. Opracowanie tej metody spowodowało, że koszty produkcji czekolady znacznie zmalały, a czekoladowe napoje zyskały wielką popularność. Kiedy czekolada stała się ogólnodostępna, pionierzy czekolady we Włoszech, Belgii, Niemczech, Holandii i oczywiście Szwajcarii odkryli nową technikę przyrządzania czekolady i stworzyli receptury zmieniając popularny napój w słodkie tabliczki. Szwajcarski cukiernik, Rudolf Lindt w 1879 roku wynalazł urządzenie, które tak mieszało składniki, by zniknął cierpki smak, a masa czekoladowa nabrała aksamitnej konsystencji i rozpływała się w ustach. Henryk Nestlé jako pierwszy opracował przepis, w którym wymieszał kakao z mlekiem w proszku. W ten sposób powstała, znana i powszechnie lubiana przez większość czekoladomaniaków – czekolada mleczna. W 1866 roku firma Cadbury wyprodukowała pierwszą bombonierkę rozpoczynając wyścig producentów czekolady w wymyślaniu coraz to nowych czekoladowych specjałów.
Dzisiejsza czekolada ma wiele kolorów i smaków. Zwykle kojarzy się z czymś wyjątkowo przyjemnym. W pochmurne dni nie ma nic przyjemniejszego od dźwięku przełamywanej tabliczki i smaku rozpływającego się w ustach kawałka czekolady…
źródło: http://www.domczekolady.eu
Ciasto:
250 g mąki
½ łyżeczki proszku do pieczenia
125 g masła pokrojonego w kostkę
50 g brązowego cukru (najlepiej muscovado)
150 g gorzkiej czekolady
3 łyżki mielonych migdałów
Masa kajmakowa:
150 g masła
150 g cukru pudru
2 łyżki miodu (lub syropu klonowego)
1 tubka słodzonego, skondensowanego mleka
150 g całych orzechów laskowych
Na polewę
200 g gorzkiej czekolady
Ciasto:
Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Do salaterki przesiewamy mąkę, dodajemy proszek do pieczenia i masło pokrojone w kostkę. Rozcieramy masło z mąką (palcami), dodajemy cukier i migdały. Wszystkie składniki mieszamy aż powstaną drobne okruchy ciasta. Dodajemy rozpuszczoną czekoladę i mieszamy aż składniki się połączą. Formę o wymiarach około 30 cm x 20 cm lekko natłuszczamy i wykładamy ciastem. Ciasto może być nieco sypkie jednak w czasie pieczenia okruszki się połączą i powstanie jednolity, kruchy spód. Ciasto ugniatamy lekko w formie i widelcem nakłuwamy kilka dziurek. Pieczemy w 160 stopniach przez 25 – 30 minut.
Po upieczeniu odstawiamy spód do zupełnego ostygnięcia.
Masa kajmakowa:
W rondelku mieszamy cukier, masło, miód i mleko skondensowane. Podgrzewamy, ciągle mieszając, aż składniki się połączą a masa zacznie gęstnieć i nabierze złotobrązowego koloru. Do masy dodajemy orzechy. Gorącą masę rozsmarowujemy na czekoladowym spodzie.
Polewa:
Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej i rozprowadzamy na zimnej masie kajmakowej. Zostawiamy do zastygnięcia. Ciasto kroimy na niewielkie batoniki.